Rozdział IV
Rozglądałam się wzdłuż stołu ślizgonów od dobrych kilku minut, jednak nigdzie nie potrafiłam dostrzec tego kogo chciałam zobaczyć. Nie. Na pewno gdzieś tu musi być. To by było do niego niepodobne, gdyby opuścił okazję upokorzenia mnie przy tylko uczniach. Wytknięcia mi tego co się wydarzyło.
- Ella słyszałaś, że ten gruby krukon z piątego roku zdobył 50 punktów za podlizywanie się Sprout? Może wieczorem trochę się zabawimy i zetrzemy mu ten głupi uśmieszek z twarzy? Dawno nie męczyliśmy żadnej szlamy. Ella? Ella?!
- Co? Ah tak, nie, nie mam ochoty, zostawiam go tobie- odpowiedziałam nie spuszczając wzroku z twarzy kolejnych ślizgonów.
- „Zostawiam go tobie”? Ej… Nigdy nie opuściłaś okazji potorturowania kogoś. Źle się czujesz?- zapytała jednocześnie spoglądając na mnie podejrzliwie- Snape tym eliksirem, który ostatnio zmajstrował zmienił ci osobowość?
- Nie, daj mi spokój.
- Kogo tak wypatrujesz?
- Nikogo.
- Przecież widzę, że za kimś się rozglądasz.
- Nie twój interes. Daj mi spokój i zajmij się swoim śniadaniem, chyba że chcesz mieć je zaraz na głowie- mówiąc to wyciągnęłam w jej stronę różdżkę.
- Okej, okej, nie moja sprawa, zrozumiałam.
Nie ma go. Po prostu go nie ma. Wcześniej każda chwila, w której nie byłam zmuszona znosić jego widoku napawała mnie bezgraniczną radością, więc dlaczego teraz czuję się zaniepokojona brakiem jego obecności?
Nie potrafiłam skupić się na niczym innym, przechodząc przez zatłoczone korytarze przyglądałam się wszystkim, z nadzieją, że zobaczę tę jedną, znienawidzoną tak przeze mnie twarz, że nagle usłyszę moje imię, kolejną obelgę wypowiadaną tym chłodnym, beznamiętnym głosem. Nic.
Kolejne dni mijały jak dla mnie zdecydowanie zbyt szybko. Cały zamek zdążyła już opanować atmosfera zbliżających się świąt. Wszyscy chodzili szczęśliwi, uśmiechnięci, weseli, uradowani… Ja nigdy tak naprawdę nie poczuła magii tych świąt, był to dla mnie prawie zwykły dzień, z tym wyjątkiem, że musiałam zjeść kolację z całą rodziną i udawać że świetnie się bawię na urządzanym co roku przez matkę przyjęciu. Nawet prezenty nie czyniły tego dnia wyjątkowym. Zawsze miałam wszystko to czego chciałam.
- Możesz mi powiedzieć dlaczego znowu przyglądasz się wszystkim, którzy wchodzą do Wielkiej Sali?
- Sue, nie widziałaś może ostatnio Oliviera Wilsona?- wypaliłam.
- Yhm, Wilsona? Myślałam, że niezbyt za nim przepadasz- stwierdziła.
- Nie pytam o to co myślisz, tylko czy go widziałaś.
- Nie, raczej nie rzucił mi się ostatnio w oczy, a co?
- Nic, po prostu mar… po prostu chciałam go o coś zapytać, nic wielkiego.
Martwię się? Czy ja to naprawdę chciałam powiedzieć? Nie, z pewnością musiałam się przejęzyczyć.
- … I wtedy rzuciłam na niego cruciatusa, oj gdybyś widziała jak zwijał się z bólu i błagał mnie żebym przestała- Sue właśnie kończyła opowiadać mi jakże bogatą w szczegóły opowieść o tym, jak potraktowała pierwszoroczniaka, który zwrócił jej uwagę, że w trakcie przerw zabronione jest używanie czarów. Naiwny głupek.
- A na sam koniec…
- Idź, zaraz cię dogonię- przerwałam jej.
- Ale…
- Idź!
Właśnie z jednej z klas wyszło dwóch rosłych i sprawiających wrażenie niezbyt inteligentnych ślizgonów, którzy zawsze trzymali się blisko Wilsona. Kto jak kto, ale oni powinni wiedzieć, gdzie on się podziewa. Przynajmniej miałam taką cichą nadzieję. Zacisnęłam w kieszeni pięści i podeszłam do nich.
- Cześć- palnęłam na wydechu, zaciskając jeszcze bardziej ręce. Spojrzeli na siebie z zdziwieniem i parsknęli śmiechem. Postanowiłam to zignorować i nie wdając się w głupie dyskusje przejść do meritum- Szukam Oliviera, widzieliście go?
- A po co ci Olivier? Przecież nie pałacie do siebie zbyt wielką przyjaźnią- i oboje znowu zaczęli się śmiać. Spokojnie, nie daj się wyprowadzić z równowagi. Spokojnie.
- Widzieliście go czy nie?- warknęłam.
Atmosfera nieco się zagęściła. Oboje nagle spoważnieli i wymienili ukradkowe spojrzenia. Chłopak o długich blond włosach przechylił się w moją stronę.
- To nie jest temat do żartów!- syknął.
- Co? O co ci chodzi?- zapytałam kompletnie zbita z tropu.
- Yyy, to ty nic nie wiesz?- zapytał zdziwiony- O niczym nie słyszałaś?
- O czym nie wiem?!
- Ciszej! Przestań się tak wydzierać- kilku uczniów spojrzało w naszą stronę.
- O czym miałam słyszeć?- zapytałam ciszej.
- No jak to o czym, cały Hogwart o tym huczał przed kilkoma dniami, nie czytasz Proroka czy jak?
- Jakoś ostatnio nie wpadł mi w ręce. Możesz w końcu powiedzieć co tu do cholery się dzieje?- z każdą kolejną chwilą stawałam się coraz bardziej niecierpliwa i zaniepokojona.
- Złapali ojca Wilsona, w trakcie wykonywania poleceń Czarnego Pana i może spędzić resztę życia w Azkabanie. Olivier wyjechał, żeby towarzyszyć mu w procesie, podobno jutro ma wrócić. Naprawdę nic nie słyszałaś?
- Ja… Nie. nie miałam pojęcia.
Odwróciłam się bez żadnego słowa pożegnania. Właśnie zrozumiałam dlaczego wtedy był taki inny: przygnębiony i smutny, dlaczego w jego oczach nie było tego błysku, który sprawiał, że jego twarz była taka szlachetna. A ja? Zachowałam się jak niedojrzała, rozpieszczona idiotka i wyskoczyłam z tą swoją „zemstą”. Nie mogłam przestać teraz o tym myśleć, plułam sobie w twarz za swoją głupotę. Powinnam w końcu zachowywać się dojrzalej jak na swój wiek i przestać być obrażającym się za wszystko rozpieszczonym bachorem. Tak! Najwyższy czas dorosnąć i pożegnać błogie, pozbawione problemów dzieciństwo i zażegnać ten irracjonalny konflikt jaki między nami zaistniał.
Większą część wieczoru spędziłam zastanawiając się nad tym co mam mu powiedzieć, nie byłam postawiona nigdy w takiej sytuacji, zazwyczaj to mnie przepraszano, wiedziałam że z pewnością nie przyjdzie mi to łatwo, ale mimo wszystko nie potrafiłam doczekać się jutra. Z nudów przeglądałam kolejne stronnice „Tajemnic najczarniejszej magii”, ta księga zawsze potrafiła pomóc mi w rozwiązaniu wielu problemów, pomagała w znalezieniu odpowiedzi na nurtujące mnie pytania. Jednak wiedziałam, że z tym musiałam poradzić sobie sama i księga niestety nie miała zamiaru mi tego ułatwić.
-
Feritum, nb, niegroźne, powodujące siń…- reszty nie byłam w stanie doczytać, gdyż ktoś, sądząc po wyglądzie tej strony przewrócił na nią fiolkę z atramentrem, który przykrył większość tekstu dotyczącą tego zaklęcia-
Feritum- powtórzyłam- warto wypróbować przy najbliższej okazji.
Zgasiłam dogasającą świecę i poczułam jak powoli opadam w ramiona czekającego na mnie Morfeusza.
Odkąd się obudziłam nieustannie powtarzałam w myślach te kilka zdań, które wczoraj wymyśliłam mających pełnić rolę moich przeprosin. Z gotową formułką zeszłam na śniadanie do Wielkiej Sali, gdzie spodziewałam zastać w końcu Oliviera, jednak ten nie pojawił się ani na śniadaniu, ani na obiedzie, ani na kolacji, nie było go też na tej jedynej lekcji, którą mieliśmy razem. Może proces został odłożony na inny termin, albo… nie, z pewnością nie to. Wielką Salę opuściłam jako jedna z ostatnich z dwóch powodów: wciąż miałam nadzieję, że jednak Olivier się pojawi, a po drugie lubiłam chodzić bo ciemnych, pustych korytarzach wsłuchując się w echo własnych kroków. Większość ludzi nienawidzi ciemności, ja ją uwielbiam… od zawsze. Właśnie miałam skręcać w korytarz prowadzący do Pokoju Wspólnego, gdy ujrzałam dwóch złączonych ze sobą niczym para ośmiornic Puchonów, sprawiających wrażenia jakby nie mogły wyplątać się z własnych macek. Sue miała rację, dawno nie miałam okazji zabawienia się z szlamami, a tu mi się trafiły aż dwie za jednym razem.
- Skoro tak bardzo chcecie być razem to proszę bardzo- zaklęcie zadziałało tak jak powinno, zamarli przerażeni rozglądając się nerwowo dookoła nie mogąc zwolnić własnych uścisków. Zaczęli niezdarnie próbować uciec, jednak po chwili odbili się od twardej ściany co osłabiło moje zaklęcie. Dziewczyna szybko się podniosła i z krzykiem uciekła jak najdalej nie odwracając się nawet za siebie. Cóż, będzie trzeba zadowolić się chłopakiem, który nadal leżał oniemiały na posadzce zamku. Ah, jak za tym tęskniłam. Przynajmniej mam świetną okazję,żeby wypróbować wczorajsze zaklęcie.
-
Feritum!- przez chwilę myślałam, że nie zadziałało, jednak po chwili twarz Puchona zaczęły pokrywać fioletowo- żółte sińce. Podniosłam różdżkę, żeby rzucić kolejne zaklęcie…
-
Finite!- odwróciłam się gwałtownie niemal tracąc równowagę, poznałam ten głos, ten chłodny, stanowczy, męski głos, który tak bardzo pragnęłam usłyszeć w ciągu ostatnich dni- wracaj do swojego pokoju wspólnego i nie waż się nikomu o niczym mówić, szepniesz słówko a zadbam o to, żebyś wyglądał jeszcze gorzej niż przed chwilą.
Puchonowi nie trzeba było tego dwa razy powtarzać, w ciągu ułamka sekundy zdążył się podnieść i uciecz tego miejsca jak najszybciej się dało.
- Olivier!- nadal nie mogłam uwierzyć, że to on.
- Elianna?- mruknął z głosem pełnym zwątpienia.
- Co z twoim ojcem?- spojrzałam z niepokojem na jego twarz, która nosiła na sobie jeszcze oznaki zmęczenia, które niewątpliwie towarzyszyło mu w ciągu ostatnich dni.
- Uznano, że został oskarżony niesłusznie.
- Oh, to wspaniale.
- Jednak worek galeonów potrafi wiele zdziałać.
Zapadła cisza. Niezręczna, pełna wyczekiwania cisza, której nikt z nas nie miał zamiaru przerwać. Staliśmy w milczeniu wpatrując się w przeciwległe ściany.
- Bo wiesz…- zaczęłam- ja chciałam tylko powiedzieć, że… no… tego… yyy…
Cholera, nie potrafiłam przypomnieć sobie żadnego słowa, które miałam zamiar mu powiedzieć. Dlaczego akurat teraz w moim umyśle musiała zapanować ta przeklęta pustka, która zdaje się wypalać po kolei komórki mózgu odpowiadające za pamięć?
- Że…. to ja już pójdę- dokończyłam. Spojrzałam na niego, nie uśmiechnął się kpiąco tak jak zawsze, sprawiał wrażenie jakby czekał na to co mu chciałam powiedzieć. Zrobiłam krok w stronę Pokoju Wspólnego.
- Zaczekaj!- zawołał nagle.
- Tak?- odwróciłam się zaskoczona.
- Jesteś zła? O to wszystko?
- Ja… nie, nie ma o czym mówić- czy byłam zła? Kilka dni temu odpowiedziałabym, że tak. Że jestem wściekła, że go nienawidzę. Ale teraz wcale nie byłam pewna tego co czuję.
- Wiesz, to wszystko źle się zaczęło, ale może moglibyśmy jeszcze zostać… yyy… przyjaciółmi?- ostatnie słowa wypowiedział z wielkim trudem.
- „Przyjaciółmi”?- powtórzyłam z niedowierzaniem- bo właściwie to ja chciałam… chciałam cię prze… przeprosić za moje zachowanie.
- Nie ma sprawy. Więc jak?- skrzyżował ręce na piersiach i nie spuszczał ze mnie wzroku oczekując na odpowiedź.
Nie wiedziałam co mam odpowiedzieć, nie miałam pojęcia czy zdołam z nim chociażby normalnie rozmawiać. Ale dlaczego by nie spróbować?
- Dobra. Możemy spróbować. Nie mamy nic do stracenia.
sandra 23/08/2009 23:51:01 [
komentarzy 9]
Komentuj
Lay by koniucha only for this site!