Część III
Biegłam. Każdy kolejny krok sprawiał mi coraz większy ból. Każdy oddech coraz bardziej ranił moje płuca wypełniając je lodowatym powietrzem. Biegłam. Musiałam uciec. Musiałam. Ale przed czym? Przed czym ja tak właściwie uciekałam? Wszystkie światła zgasły. Nawet księżyc i gwiazdy ukryły się za kurtyną otaczającej mnie zewsząd ciemności. Zatrzymałam się. Nie byłam w stanie niczego dostrzec. Ciemność. Rozglądałam się dookoła próbując spostrzec jakikolwiek ruch, próbując usłyszeć najcichszy szmer. Cisza. Ciemność i cisza.
- Lumos- szepnęłam. Nic
- Lumos!- Nadal nic.
- Lumos!- wykrzyczałam łamiącym się głosem, który z każdą kolejną upływającą sekundą stawał się coraz bardziej niepewny. Dopiero teraz ogarnęła mnie fala paniki wypełniająca powoli każdą, nawet najdrobniejszą cząstkę mojego ciała. Moją jedyną bronią z nieznanym był bezużyteczny kawałek drewna, który mogłam co najwyżej wepchać napastnikowi w oko. Byłam bezbronna. Stałam w milczeniu czekając na to co się wydarzy. Cóż innego mi pozostało? Nie miałam gdzie uciekać. Nie wiedziałam dokąd. Sekundy powoli upływały jedna za drugą. Nic się nie działo. Cisza, ciemność i ja. Bezbronna. Dostrzegłam w oddali małą plamkę światła. Pojawiała się i znikała z każdą chwilą stając się coraz to większa. Przybliżała się do mnie, jej błysk stawał się coraz to silniejszy i bardziej oślepiający. Różdżka wysunęła się z mojej zaciśniętej pięści upadając na twardą posadzkę z hukiem, który przerwał tą nieznośną przesyconą przerażeniem ciszę. Pierwszy raz się bałam. Po raz pierwszy poczułam co to jest strach. Z trudem zdołałam dostrzec formujące się, niewyraźne zarysy jakiejś postaci. Jej kontury stawały się coraz wyraźniejsze na tle tego oślepiającego błysku. Wytężyłam wzrok, aby dokładnie się jej przyjrzeć. Nie znałam tej kobiety, jednak miałam wrażenie, że kiedyś ją już spotkałam. Wyglądała dziwnie znajomo. Długie blond włosy opadały jej na ramiona. Miała smutny wyraz twarzy, wpatrywała się we mnie pustymi, nie wyrażającymi żadnych uczuć oczami. Czułam na sobie jej spojrzenie, sprawiało mi ból.
- Dlaczego?- zapytała cicho. Ledwo ją zdołałam usłyszeć- dlaczego?- powtórzyła nieco głośniej- dlaczego ja?
Upadłam na kolana. Ten ból był nie do zniesienia, płomienie ognia paliły mnie od środka, wypalały wszystko…
Obudziłam się zlana potem. Oddychałam ciężko. Opasły tom zsunął się z mojego łóżka opadając na podłogę. Rozejrzałam się nerwowo dookoła. Byłam w swoim dormitorium. Pot mieszał się z płynącymi łzami, których nie potrafiłam powstrzymać. Przez okno do pomieszczenia wdzierało się światło księżyca padające na fragment podłogi przy moim łóżku, świeca powoli się dopalała rzucając na przeciwległą ścianę długie cienie. Wszystko było na swoim miejscu.
- To tylko sen- powiedziałam sama do siebie próbując się uspokoić- tylko sen.
Wstałam i podeszłam do okna, oparłam czoło o chłodną szybę. Znałam tą kobietę, tylko skąd? Nie potrafiłam sobie przypomnieć. Nie wiedziałam kim jest, jednak czułam, że jest dla mnie kimś ważnym…
Mijały kolejne dni. Krajobraz za oknami zaczynał zmieniać się z jesiennego na zimowy. Płatki śniegu powoli i beztrosko opadały na zamkowe błonia i przykrywały szczyty drzew zakazanego lasu. Czysty, biały, zimny śnieg. Nienawidziłam zimy i powrotów do domu na święta. Wszystko było tam takie sztuczne, pozbawione emocji i przepełnione zasadami. Wymuszone uśmiechy, udawana radość z otrzymywanych prezentów i stwarzanie pozorów kochającej się rodziny. Pobyt w tym domu polegał na odgrywaniu przydzielonych przy narodzinach ról. Jednak to właśnie do takiego życia byłam przyzwyczajona, takie najbardziej mi odpowiadało, może dlatego, że nie znałam innego?
Siedziałam właśnie w dormitorium mnąc w ręce pergamin zapisany idealnie równym pismem donoszący, że w domu wszystko w porządku, że powoli rozpoczynają się przygotowania do corocznego balu bożonarodzeniowego, który nasza rodzina tradycyjnie wyprawiała dla członków rodów czystej krwi. Wszystko zawsze musiało być idealne. Dopięte na ostatni guzik. Była to jedna z najlepszych okazji, aby przedstawić naszą rodzinę w dobrym świetle, uzyskać więcej wpływów, zawrzeć nowe znajomości, usytuować się w tym świecie na jeszcze lepszej pozycji. List był krótki, rzeczowy, pozbawiony wszelkich emocji i rozpisywania się na błahe tematy.
Wrzuciłam zmięty kawałek pergaminu do rozpalonego kominka i przyglądałam się przez chwilę jak powoli czarnieje i znika pomiędzy płomieniami. Czas mijał, a ja nadal nie wiedziałam jak pokazać Olivierowi, że nie jestem tchórzem. Nie miałam pojęcia jak mu udowodnić, że jestem od niego lepsza i zasługuję na przypisany mojemu nazwisku szacunek. Nienawidziłam tego jak na mnie spoglądał, jak na każdym kroku mną gardził i wyśmiewał. Nie do takiego traktowania przywykłam. Niby nic takiego- kilka głupich docinek, jednak nie dawało mi to spokoju.
- Nad czym tak myślisz?- Sue przypatrywała się mi zza stosu prac domowych i podręczników.
- Nad niczym- oderwałam wzrok od płomieni i wróciłam do czytania mojej ukochanej księgi. Miałam nadzieję, że może ona podsunie mi jakiś pomysł jak rozprawić się raz na zawsze z Wilsonem.
- Nie powinnaś przypadkiem zająć się czymś bardziej pożytecznym? Przykładowo wypisywaniem właściwości Kicaka Dwunosowego?- spytała Sue patrząc z powątpiewaniem na opasły tom leżący na moich kolanach- Lepiej schowaj tą książeczkę bo jeszcze ktoś cię podkapuje i będziesz miała niezłe kłopoty.
- Możesz coś dla mnie zrobić?- zapytałam.
- Co?
- Zam-knij- się!- wycedziłam przez zaciśnięte zęby
- N-i-e!
Zatrzasnęłam księgę i rzuciłam ją na zawalony rzeczami Sue stół zwalając przy okazji kilka dopiero co zapisanych przez nią pergaminów. Wstałam i wyszłam z tego zatłoczonego Pokoju Wspólnego, potrzebowałam chwili samotności i ciszy. Szłam przez labirynt podziemnych korytarzy, nogi same mnie niosły przed siebie. Minęło już tyle czasu, a ja nadal rozmyślałam o tym śnie, który nie dawał mi spokoju. Kim do cholery była ta przeklęta kobieta?
Przystanęłam. Z przeciwległego korytarza doszedł do mnie odgłos czyichś kroków. O tej porze było tu zawsze pusto. Wyciągnęłam różdżkę w tym samym momencie, gdy zza zakrętu wyłonił się nie kto inny jak Olivier. Fatum?
- Panna Morgan?- usłyszałam chłodny męski głos i cichy pokpiwający śmiech- Mam się bać?- spojrzał na znajdującą się w mojej prawej dłoni różdżkę. Byliśmy na korytarzu sami. W końcu miałam swoją okazję do zemszczenia się.
- Powinieneś- odpowiedziałam szeptem jednocześnie podchodząc do niego pewnym krokiem. Nie chciałam, aby się zorientował, że nie mam żadnego planu i pomysłu na to co zrobić. Przyłożyłam mu różdżkę do szyi- I co teraz?- zapytałam. Nie bronił się, nawet się nie poruszył.
- Nic- uśmiech nie schodził z jego twarzy- Oboje doskonale wiemy, że jesteś za słaba, że nie masz dumy, która pozwala ci się zemścić. Brak ci odwagi. A nawet jeżeli ją w sobie znajdziesz to pamiętaj, że odwaga bez umiejętności jest samobójstwem. Gdybyś chciała mi coś zrobić już dawno byś to uczyniła nie zastanawiając się nad tym tak długo. Ale przecież ty nawet nie wiesz jak chcesz się na mnie zemścić. To widać. Widać tą twoją niepewność, brak zdecydowania, chociaż tak bardzo starasz się je ukryć. Z każdą chwilą twój wróg staje się coraz silniejszy, wykorzystuje ten czas jaki mu jeszcze pozostawiasz. Kiedy tak sobie z nim dyskutujesz może na przykład zrobić to- szybkim ruchem wyciągnął swoją różdżkę z kieszeni- to może ja zadam to samo pytanie: I co teraz?
Nie odpowiedziałam, stałam wpatrzona w niego. Jego twarz zmieniła się, była zmęczona, pozbawiona jakiegokolwiek wyrazu, w oczach nie było już tego dobrze mi znanego błysku. Były szare i matowe. Nie chciałam po raz kolejny poddać się bez walki. Musiałam udowodnić mu, że nie ma racji, że nie jestem taką słabą dziewczyną, za którą mnie uważa. Rzuciłam zaklęcie rozbrajające, które zostało przez niego skutecznie zablokowane.
- Tylko na tyle cię stać? To wszystko co masz mi do pokazania? Ciągle miałem nadzieję, że mimo wszystko jesteś godnym przeciwnikiem do pojedynku. Jednak widzę, że znowu muszę się rozczarować i poczekać, aż panna Morgan dorośnie- opuścił różdżkę- chciałaś wykorzystać moment zaskoczenia?- zadrwił i opuścił różdżkę.
Czułam jak wzbiera we mnie złość. Podniosłam różdżkę i jeszcze raz spróbowałam go rozbroić. Udało się! Rózdzka wyrwała mu się z ręki, odbiła od ściany i upadła na końcu korytarza z dala od swojego właściciela.
- To był twój błąd- odpowiedziałam szeptem próbując ukryć swoją radość.
- No, no, no atakować kiedy przeciwnik ma opuszczoną różdżkę? To prawie tak jakby stał odwrócony do ciebie plecami. Takie to trochę niehonorowe. Nie uważasz?
Spojrzałam na niego z wściekłością i schowałam własną różdżkę do kieszeni.
- A jednak panna Morgan ma w sobie śladowe ilości honoru. Jestem pod wrażeniem- odpowiedział. Podeszłam do niego bliżej jednocześnie unosząc rękę, chciałam go uderzyć, sprawić aby przestał się w końcu tak szyderczo uśmiechać. Jednak znowu okazał się szybszy, złapał mnie za przegub zanim zdążyłam dotknąć jego policzka. Uścisk był zbyt silny. Poczułam jak łapie mój drugi nadgarstek i dotyk jego chłodnych ust.
----------
Dodaję kolejny rozdział i uprzejmie proszę o komentarze z krytyką i opinią, ponieważ to właśnie one najbardziej mobilizują do pisania :)
sandra 20/07/2009 00:51:44 [
komentarzy 5]
Komentuj
Lay by koniucha only for this site!