Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
znajomijoe.pl blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl darmowe forum val.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl forumforum.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
...



Było: 2021 osób.



Dodaj do Ulubionych



2009
Sierpień
Lipiec
Czerwiec


Jeżeli chcesz być powiadamianny o nowych rozdziałach wpisz się do Księgi Gości.


Ksiega Gości
Dodaj do Księgi
wpisów: 1


Rozdziały:
Prolog
Rozdział I
Rozdział II
Rozdział III
Rozdział IV
Linki
In-my-opinion
Oceny White Lady
Oceny Gratin
Ława Przysięgłych
Subiektywni
OPB
Oceny z przytupem
Cygareteria


Znajomi:







o mnie.

Bohaterowie



Rozdział II

Brak snu. Zdecydowany brak snu i zmęczenie. Te dwie rzeczy towarzyszyły mi nieustannie przez kilka ostatnich dni. Od wtorku godzinę przed rozpoczęciem zajęć musiałam spędzić w towarzystwie McGonagal pomagając jej segregować stare, zakurzone uczniowskie kartoteki, później próbując skupić się na lekcjach, a po obiedzie razem z Filchem miałam szorować mugolskimi metodami stare, pordzewiałe puchary, ordery i medale z Sali Pamięci. Robota dla skrzatów domowych, charłaków i mugoli. Ja z pewnością nie miałam zamiaru zniżać się do tego poziomu, więc moje czyszczenie ograniczało się wyłącznie do trzymania ścierki i pasty do polerowania oraz wypowiadania formułek zaklęć, które znałam na tyle dobrze, że różdżka, którą mi przed wejściem zabierano nie była mi w ogóle potrzebna. Ten szlaban nie był o tyle męczący co przeraźliwie nudny i czasochłonny. Do Pokoju Wspólnego wracałam dopiero wieczorem tylko po to aby zmierzyć się z stosem prac domowych, zadanych przez nauczycieli, których po raz kolejny dopadła obsesja na punkcie czekających nas na koniec roku owutemów. Tak więc Pokój Wspólny opuszczałam teraz zazwyczaj ostatnia, często też go nawet nie opuszczałam przesypiając te 3-4 godziny, które mi pozostawały na kanapie. Krótko mówiąc, nie potrafiłam doczekać się już upragnionego weekendu.


- Nie śpij!
- Przecież nie śpię- wymamrotałam próbując otworzyć oczy. Powieki strasznie mi ciążyły.
- Nie, nie śpisz, przytulasz się do tego talerza pewnie z miłości- usłyszałam kpiący głos Sue.
- Zmęczona jestem- odpowiedziałam jej sennym głosem.
- Widać, przecież wyglądasz okropnie. Masz, wypij to- podała mi szklankę z jakimś cuchnący, zgniłozielonym płynem.
- Co to?- zapytałam patrząc z dezaprobatą na postawione przede mną naczynie.
- Nie pytaj tylko pij. Snape ostatnio eksperymentował i twierdzi, że wynalazł jakiś znakomity eliksir, który podobno nawet umarłego postawi na nogi.
- A ja mam pełnić rolę jego królika doświadczalnego? Chyba żartujesz.
- Pij i nie narzekaj, jak ci nie pomoże to najwyżej wylądujesz w skrzydle szpitalnym. Chociaż wiesz co, masz jeszcze jedną opcję do wyboru: dostaniesz od McGonagal kolejny szlaban tym razem za przysypianie na jej lekcji.
Wypiłam. Smakowało tak samo ohydnie jak pachniało i wyglądało, ale przynajmniej po chwili byłam już nieco mniej senna, jednak zmęczenia wciąż mnie nie opuszczało.
- Jakiś niedorobiony ten jego eliksir- stwierdziłam, ale Sue już mnie nie słuchała, wpatrywała się w grupkę ślizgonów siedzących kilka krzeseł dalej.
- Hmmm, nie wiem czy zauważyłaś, ale Olivier nieustannie spogląda w naszym kierunku…
Owszem, zauważyłam. Ostatnio, aż za często go zauważałam. O ile wcześniej nie zwracałam na jego osobę najmniejszej uwagi, teraz odnosiłam wrażenie, że mnie prześladuje. Jego osoba zdawała się wyróżniać na tle wszystkich uczniów tego zamku. Spotykałam go niemal wszędzie: na korytarzu, pomiędzy uginającymi się pod ciężarem opasłych tomów regałami w bibliotece, w przepełnionym Pokoju Wspólnym i na eliksirach- był to jedyny przedmiot, który mieliśmy w tym ostatnim roku wspólny. O ten jeden za dużo. Pomimo upływu tych kilku dni, nadal słyszałam w głowie ten chłodny, znienawidzony głos wypowiadający te kilka raniących moją dumę słów. Nie, ja nie jestem zwykła. Nie chcę być zwykła. Nie chcę dołączyć do grona tych osób, które tworzą ten nic nieznaczący, szary, bezimienny tłum…
Spojrzałam w jego stronę. Jakieś wymalowane piątoklasistki właśnie próbowały bezskutecznie zwrócić na siebie jego uwagę, kilka innych dziewczyn wpatrywało się w niego z malującym się na twarzach uwielbieniem. A on? On nie zwracał na nie najmniejszej uwagi, rozmawiał o czymś szeptem z Simonem Thompsonem. Przez chwilę zdawało mi się, że na jego twarzy zauważyłam cień przerażenia, może nawet strachu? Jednak zanim zdążyłam mu się dokładniej przyjrzeć, jego twarz znowu przybrała ten kamienny, beznamiętny wyraz. Nasze spojrzenia na chwilę się spotkały, ostatnią rzeczą, którą zdążyłam zarejestrować był ten irytujący mnie uśmiech. W tej samej chwili poczułam jak tracę kontrolę nad własnym ciałem i zaczynam szybko opadać w dół.

- Mogłaby się w końcu obudzić.
- Myślisz, że mnie zabije?
- Ja tak nie myślę, ja to wiem.
Dwie osoby rozmawiały gdzieś obok ściszonymi głosami, poczułam okropny ból głowy, zdecydowanie inny od tego, który zdążyłam już tak dobrze poznać. Otworzyłam oczy, jednak wszystko widziałam przez mgłę, po prawej stronie dostrzegłam kontury dwóch postaci, do których najprawdopodobniej należały głosy, które przed chwilą usłyszałam. Zamrugałam. Obraz stał się nieco wyraźniejszy, ale w tym samym momencie poczułam kolejną falę bólu.
- Witamy w świecie żywych!- usłyszałam uradowany głos Sue.
- Nie wrzeszcz tak- wyszeptałam.
- Przepraszam- odpowiedziała nieco ciszej- jak się czujesz?
- Okropnie, co się stało?
- Yyyy, no… zemdlałaś, nie zdążyłam cię złapać i przywaliłaś głową w podłogę, polało się trochę krwi, ale nic się nie martw, pani Pomfrey już cię poskładała
- Zaraz rozerwie mi czaszkę- przymknęłam oczy, każdy, nawet najcichszy szelest sprawiał mi ból, czułam pulsującą w moich żyłach krew i miarowe bicie własnego serca. Podniosłam rękę, żeby dotknąć obolałej głowy, jednak zamiast chłodu własnej skóry, wyczułam owinięte ciasno dookoła niej zwoje bandaży.
- To j-ja może pójdę powiedzieć, że się już o-obudziłaś- usłyszałam nieśmiały chłopięcy głos.
- Nigdzie nie pójdziesz- warknęła Sue- ten twój wspaniały eliksir miał ją postawić na nogi, a nie z nich zwalić!
- Skąd miałem wiedzieć, że na nią tak podziała? Nikomu nigdy nic po nim nie było!
- Tak trudno się domyśleć Smarkerusie, że każdy reaguje na różne rzeczy w różny sposób?!
- Zamknijcie się w końcu- syknęłam i poczułam kolejną falę przeszywającego moje ciało bólu- może wreszcie ktoś łaskawie pójdzie po tą pielęgniarkę?
- Ah tak, zapomniałam, już idę- Sue zniknęła z zasięgu mojego wzroku.
- Ella, przepraszam, że tak wyszło, ale właśnie próbowałem udoskonalić ten eliksir dodając, nieco więcej sproszkowanego rogu nosorożca, ale widocznie dodałem go zbyt dużo, więc…
- Snape, zrób coś dla mnie i zamknij się w końcu- przerwałam jego wyjaśniająco- przepraszający monolog- następnym razem zanim wezmę coś twojej produkcji wypróbuję to pierw na tobie. A zacznę od tego eliksiru, po którym w zeszłym tygodniu Sam zażygał pół korytarza na drugim piętrze- przymknęłam oczy z bólu- No, ale przynajmniej udało mi się uniknąć ostatniego dnia szlabanu.
- Do usług, jak coś wiesz gdzie mnie szukać- cicho się zaśmiał.
- Nie ciesz się tak, bo i tak jeszcze ci się za to odwdzięczę- odpowiedziałam.
Z drugiego końca Sali dochodziło już echo kroków zbliżającej się pielęgniarki, która niosła tacę pełną różnego rodzaju medykamentów oraz biegnącej i zadowolonej z siebie Sue.
- To my już pójdziemy- wyszeptała w moją stronę- Idziemy Smarku- zwróciła się chłodniej w stronę Snapea wskazując mu ręką drzwi.


W skrzydle szpitalnym przeleżałam cały weekend. Jasne, sterylne pomieszczenie przesiąknięte ciszą i zapachem leków drażniło mnie, za długo byłam tutaj zamknięta sama z własnymi myślami. Ostatni rok w tym przeklętym zamku. Większość już wiedziała czym chce się zająć po ukończeniu szkoły, mieli swoje plany. A ja? Ja miałam marzenie, jednak im dłużej o nim myślałam, tym bardziej irracjonalne mi się wydawało. Marzyłam o tym, aby wstąpić w szeregi zwolenników Czarnego Pana, chciałam zostać jedną z nich, wiedziałam, że byłabym tą najwierniejszą, że nigdy bym się przed niczym nie zawahała i z radością wykonywała jego rozkazy. W moim planie był tylko jeden defekt. Nie miałam pojęcia co trzeba zrobić aby zostać śmierciożercą. Wysłać sowę z swoim curriculum vitae? Czekać aż Czarny Pan sam mnie wybierze? Tylko skąd miał wiedzieć o moim istnieniu, o tym jak bardzo pragnę należeć do grona jego wiernych zwolenników?
- Możesz już wracać do swojego dormitorium, po pęknięciu nie została nawet blizna- z zamyślenia wyrwał mnie zadowolony głos pani Pomfrey.
Nogi same mnie niosły dobrze znaną drogą do lochów, pragnęłam jak najszybciej znaleźć się z dala od tego szkolnego zgiełku, od którego moje uszy zdążyły się przez te kilkadziesiąt godzin spędzonych w nieustannej ciszy odzwyczaić.
- Kogo ja widzę- ktoś próbował przekrzyczeć tłum znajdujących się na korytarzy uczniów- mdlejąca na mój widok Panna Morgan- odwróciłam się gwałtownie na dźwięk swojego nazwiska. Doskonale wiedziałam kogo zobaczę. Stał oparty o parapet okna w towarzystwie swoich kumpli i wzdychających panienek spoglądając dokładnie w moim kierunku. Promienie zachodzącego jesiennego słońca oświetlały jego bladą twarz nadając jej jeszcze większego uroku i majestatyczności.
- No widzisz, wolę zemdleć niż się na ciebie patrzeć- odwarknęłam jednocześnie się odwracając. Nie miałam zamiaru dać się drugi raz sprowokować. Nie tym razem.
- Spodziewałem się po tobie czegoś więcej. Jakiejś bardziej ambitnej reakcji, no ale widać przeliczyłem się- przygryzłam wargi, żeby nic mu nie odpowiedzieć. Za plecami usłyszałam śmiech.
Nienawidziłam go. Nienawidziła go każda cząstka mojego ciała.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Jak widać szablon został zmieniony (jeszcze raz dziękuję Michalinie, która go stworzyła specjalnie dla tego bloga), kolor czcionki też, teraz jest chyba bardziej widoczna.
Chciałam jeszcze podziękować za te cenne, pozytywne komentarze z wszelkimi uwagami.


sandra 29/06/2009 20:24:20 [komentarzy 4] Komentuj

Rozdział I

To był jeden z tych dni, które w ogóle nie powinny się zacząć. Obudziłam się z bólem głowy, zresztą jak co poniedziałek, więc nie to było w tym wszystkim najgorsze. Do tego bólu już dawno zdążyłam się przyzwyczaić i z czasem przestał być aż tak uciążliwy jak początkowo. Wystarczyło go ignorować. Za oknem wciąż kłębiły się stalowoszare chmury, przykrywające błękit nieba, ciężkie krople odbijały się rytmicznie od okien pustego dormitorium. Pustego?
- Cholera! Znowu zaspałam.
Dziesięć minut później biegłam już przez labirynt korytarzy do sali transmutacji. Przystanęłam na chwilę przed drzwiami klasy, żeby złapać oddech, słychać było zza nich jeszcze szmer przygotowujących się do lekcji uczniów i urywki cichych rozmów. Lekcja musiała się dopiero rozpocząć. Z pośpiechu nawet nie zdążyłam sprawdzić która jest godzina. Uchyliłam lekko drewniane drzwi próbując prześlizgnąć się niezauważenie do swojej ławki, już prawie byłam na miejscu…
- To twoje trzecie spóźnienie w ciągu ostatnich kilku dni panno Morgan- usłyszałam surowy ton profesor McGonagal- zostań na chwilę po lekcji. Nic nie odpowiedziałam, usiadłam zrezygnowana i w milczeniu zaczęłam wyciągać potrzebne podręczniki. Czy ona musi zawsze wszystko tak dokładnie zapamiętywać i widzieć? Lekcja dłużyła się dzisiaj wyjątkowo, zresztą nie ma się co dziwić, jak długo można opowiadać o animagach? Animag- człowiek, który potrafi zamienić się w zwierzę. Tyle. Kogo obchodzi kto w co zmienia, a raczej zamieniał bo większość z nich już dawno pożegnała się z życiem. Zanim McGonagal zdążyła zadać nam do napisania kolejne wypracowanie na ten temat zadzwonił upragniony dzwonek. Odczekałam chwilę, aż wszyscy wyjdą z klasy i podeszłam do biurka przy którym siedziała nauczycielka.
- Pani profesor chciała ze mną rozmawiać- rzuciłam obojętnym tonem.
- Owszem, to już jest trzeci raz kiedy spóźniasz się na moją lekcję w ciągu zaledwie 5 dni, wcześniej zawsze przychodziłaś punktualnie, co się zmieniło?
- To pewnie przez ten nowy budzik- odpowiedziałam sarkastycznie.
- Budzik?- McGonagal spojrzała na mnie z politowaniem- od jutra do końca tygodnia czekam na ciebie w tej Sali na godzinę przed rozpoczęciem zajęć i nie radzę się więcej spóźniać bo szlaban potrwa dłużej.
Zamknęłam oczy i odliczyłam w myślach do dziesięciu, żeby jej nie czego nie odpowiedzieć. Przynajmniej nie odjęła punktów Slytherinowi. Bez słowa odwróciłam się żeby wyjść.
- I minus 10 punktów za brak szacunku dla nauczyciela.
Świetnie. Przyspieszyłam kroku i wściekła trzasnęłam za sobą drzwiami klasy.
- Wredna, stara, pomarszczona wampi…ałłł
Poczułam jak na coś wpadam i zaczynam tracić równowagę.
- Nic Ci nie jest?- usłyszałam męski głos i poczułam jak ktoś chwyta mnie za ramię, dzięki czemu udało mi się uniknąć upadku.
- Gdybyś uważał jak chodzisz nie musiałbyś zadawać tego głupiego pytania i czekać na odpowiedź- odpowiedziałam chłodno podnosząc jednocześnie wzrok, dopiero teraz dotarło do mnie kto przedemną stoi. Był to Olivier Wilson. Członek jednej z najbogatszych i „najczystszych” czarodziejskich rodzin, którą podejrzewano o bliskie stosunki z Czarnym Panem i aktywne śmierciożerstwo. W zeszłym roku połowa jego rodziny cudem uniknęła pobytu w Azkabanie, wszystkie gazety się o tym rozpisywały. W moim domu zawsze mówiono o nich z wielkim szacunkiem i podziwem, przecież był to jeden z nielicznych rodów w naszym świecie, który bez wahania mógł powiedzieć, że nigdy nie splamił się krwią szlam czy mugoli.
- To ty na mnie wpadłaś- jego głos tak doskonale do niego pasował. Chłodny i pozbawiony emocji
- Dobra, nie ważne- szybko odwróciłam się nawet na niego nie spoglądając i zaczęłam iść w drugą stronę.
- A może bym tak od ciebie chociaż jakieś „przepraszam” usłyszał?
Parsknęłam śmiechem. Chyba sobie żartuje. Zaledwie to pomyślałam, gdy poczułam jak drętwieją mi nogi i upadam na zimną, twardą posadzkę zamku prosto przed jakąś puchonkę. Zdziwiona dziewczyna podała mi rękę serdecznie się przy tym uśmiechając. Nie skorzystałam z jej pomocy. Nie miałam zamiaru dotykać kogoś kto jest dumny z bycia szlamą. Wstałam o własnych siłach, doskonale wiedziałam, że mój upadek nie był przypadkowy. Odwróciłam się, Wilson nadal stał w tym samym miejscu patrząc się na mnie z założonymi na piersi rękami. Jego arystokratyczną twarz wykrzywił złośliwy uśmiech.
- To twoja sprawka! Pożałujesz tego!- wykrzyknęłam podchodząc do niego.
- I co mi zrobisz?- odpowiedział nadal się uśmiechając- wszyscy doskonale wiedzą, że tylko dużo mówisz, a tak naprawdę niczego jeszcze nigdy nie dokonałaś. Uważasz się za kogoś ważnego i lepszego, a tak naprawdę jesteś po prostu zwykła. Niczym się nie wyróżniasz.
Na korytarzu z każda chwilą przybywało coraz to więcej uczniów. Z każdą chwilą dochodziły do mnie coraz to głośniejsze śmiechy i szepty. Wyciągnęłam z kieszeni różdżkę przykładając ją do jego szyi. Nie zareagował, nawet nie drgnął, żeby się bronić. Nadal uśmiechał się irytująco.
- Panno Morgan!- w naszą stronę biegła wściekła profesor McGonagal- natychmiast odłóż tą różdżkę! Jeden szlaban ci nie wystarczy?
- A-ale…- próbowałam się bronić. Bezskutecznie.
- Nie ma żadnego ale, nie jesteś tu nowa i doskonale wiesz, że bójki na terenie zamku są niedopuszczalne! Slytherin za twoją lekkomyślność traci właśnie 30 punktów, a ty masz kolejny szlaban, jestem pewna, że Filch ucieszy się jak mu powiem, że będzie miał pomocnika przy czyszczeniu sreber w sali pamięci. I schowaj wreszcie tą różdżkę. Rozejść się!
Byłam wściekła. W zaledwie jedno przedpołudnie straciłam 40 punktów i zarobiłam dwa szlabany. Tłum gapiów, który zebrał się na korytarzu zaczął powoli znikać, udało mi się wypatrzyć oddalającą się postać Oliviera, miałam ochotę do niego podbiec i wbić mu nóż w plecy. Cały czas słyszałam jego chłodny głos i to jedno zdanie. Kilka słów, a tak bardzo raniło. Po raz pierwszy zostałam upokorzona, poniżona, wyśmiana… Wszystko jedno jak to nazwać, bolało tak samo. Pierwszy raz ktoś mi powiedział to, czego nigdy do siebie nie dopuszczałam nawet w myślach- że jestem „zwykła”. Nie potrafiłam przestać o tym myśleć, powrócił ból głowy. W tej chwili nie pragnęłam niczego innego poza pokazaniem mu, że wcale nie jestem „zwykła”, gołosłowna. Nie obchodziło mnie to, że pochodzi z jednego z najszlachetniejszych rodów, że jest pewnie silniejszy i zna szereg zakazanych zaklęć. Nie to było w tym momencie najważniejsze. Z pewnością nie zamierzałam tego tak zostawić.

---------
Edit.
Wprowadziłam kilka zmian w końcówce tego rozdziału.


sandra 23/06/2009 10:53:36 [komentarzy 5] Komentuj

Prolog.

Ciemny pokój oświetlany był wyłącznie przez jedną świecę tlącą się wątłym płomieniem. Jej blask padał na bladą twarz siedemnastoletniej dziewczyny, o której kolana opierała się gruba księga. Przerzuciła kolejną stronę. Jej oczy bezwiednie zaczęły od nowa błądzić wśród kilkuset liter i znaków próbując stworzyć z nich zrozumiałą całość. Na zewnątrz krople deszczu odbijały się od okna z każdą chwilą przybierając na sile, jednak ona nie zwracała na nie najmniejszej uwagi, była zbyt zafascynowana czytanym tekstem. Oderwała wzrok od książki dopiero wtedy gdy rozległo się ciche pukanie do drzwi. Spojrzała na nie. Ponownie ktoś zapukał. Postanowiła to zignorować i wrócić do czytania, jednak gdy tylko opuściła głowę drzwi się otworzyły.
- Dlaczego nie śpisz?- zapytała dziewczyna, zerkając przez szparę do pokoju.
- Czytam, nie widać?- odpowiedziała Elianna.
- Ostatnio coś dużo czytasz, może i za dużo.
- To źle?- w jej głosie dało się wyczuć chłód.
- Zważając na to, że czytasz to nie, ale na to co czytasz to raczej tak. Dobrze wiesz, że tego typu książki są zakazane na terenie tego zamku.
- No i co z tego? Moja sprawa co robię i co czytam- odpowiedziała tonem kończącym dyskusję i spojrzała na dziewczynę z wyższością, która była przypisana nazwisku, które nosiła.
Elianna Morgan pochodziła z rodziny, która nigdy nie splamiła swojego honoru krwią kogoś kto nie był czarodziejem. Należała do jednego z najczystszych rodów jakie znał czarodziejski świat. Była z tego dumna, pozwalało jej to bez skrupułów gardzić zwykłymi ludźmi nie zasługującymi na szacunek. Ona z całą pewnością nie była „zwykła”. Była kimś wyjątkowym. Bynajmniej w takiej myśli została wychowana. Kiedy dziewczyna, która ośmieliła się naruszyć jej spokój wyszła odrzuciła w tył czarne włosy sięgające ramion, zamknęła opasły tom i położyła go na stoliku obok świecy. Jej płomień oświetlił grzbiet księgi. Z wyblakłych liter z trudem dało się odczytać tytuł- „Tajemnice najczarniejszej magii”. Spojrzała na książkę, którą od pewnego czasu traktowała jako przewodnika , która przekazywała jej o wiele więcej interesujących informacji niż nauczyciele. Tak, to chyba była droga, którą wybrała, to właśnie nią chciałaby podążać i dzięki niej dojść do potęgi i sławy. Na jej twarzy pojawił się lekki uśmiech. Zgasiła świecę i cały pokój ogarnęła ciemność.

------------------------------------------------
Powstanie tu opowiadanie z serii fanfiction z lekkim nawiązaniem do świata stworzonego przez Rowling.
Wszelkie uwagi proszę kierować w komentarzach (propozycje, wskazówki, co poprawić etc.)
To by było na tyle słowem wstępu :)

sandra 19/06/2009 21:23:15 [komentarzy 4] Komentuj



Lay by koniucha only for this site!