Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
znajomijoe.pl blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl darmowe forum val.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl forumforum.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
...



Było: 2031 osób.



Dodaj do Ulubionych



2009
Sierpień
Lipiec
Czerwiec


Jeżeli chcesz być powiadamianny o nowych rozdziałach wpisz się do Księgi Gości.


Ksiega Gości
Dodaj do Księgi
wpisów: 1


Rozdziały:
Prolog
Rozdział I
Rozdział II
Rozdział III
Rozdział IV
Linki
In-my-opinion
Oceny White Lady
Oceny Gratin
Ława Przysięgłych
Subiektywni
OPB
Oceny z przytupem
Cygareteria


Znajomi:







o mnie.

Bohaterowie



Rozdział IV

Rozglądałam się wzdłuż stołu ślizgonów od dobrych kilku minut, jednak nigdzie nie potrafiłam dostrzec tego kogo chciałam zobaczyć. Nie. Na pewno gdzieś tu musi być. To by było do niego niepodobne, gdyby opuścił okazję upokorzenia mnie przy tylko uczniach. Wytknięcia mi tego co się wydarzyło.
- Ella słyszałaś, że ten gruby krukon z piątego roku zdobył 50 punktów za podlizywanie się Sprout? Może wieczorem trochę się zabawimy i zetrzemy mu ten głupi uśmieszek z twarzy? Dawno nie męczyliśmy żadnej szlamy. Ella? Ella?!
- Co? Ah tak, nie, nie mam ochoty, zostawiam go tobie- odpowiedziałam nie spuszczając wzroku z twarzy kolejnych ślizgonów.
- „Zostawiam go tobie”? Ej… Nigdy nie opuściłaś okazji potorturowania kogoś. Źle się czujesz?- zapytała jednocześnie spoglądając na mnie podejrzliwie- Snape tym eliksirem, który ostatnio zmajstrował zmienił ci osobowość?
- Nie, daj mi spokój.
- Kogo tak wypatrujesz?
- Nikogo.
- Przecież widzę, że za kimś się rozglądasz.
- Nie twój interes. Daj mi spokój i zajmij się swoim śniadaniem, chyba że chcesz mieć je zaraz na głowie- mówiąc to wyciągnęłam w jej stronę różdżkę.
- Okej, okej, nie moja sprawa, zrozumiałam.
Nie ma go. Po prostu go nie ma. Wcześniej każda chwila, w której nie byłam zmuszona znosić jego widoku napawała mnie bezgraniczną radością, więc dlaczego teraz czuję się zaniepokojona brakiem jego obecności?
Nie potrafiłam skupić się na niczym innym, przechodząc przez zatłoczone korytarze przyglądałam się wszystkim, z nadzieją, że zobaczę tę jedną, znienawidzoną tak przeze mnie twarz, że nagle usłyszę moje imię, kolejną obelgę wypowiadaną tym chłodnym, beznamiętnym głosem. Nic.

Kolejne dni mijały jak dla mnie zdecydowanie zbyt szybko. Cały zamek zdążyła już opanować atmosfera zbliżających się świąt. Wszyscy chodzili szczęśliwi, uśmiechnięci, weseli, uradowani… Ja nigdy tak naprawdę nie poczuła magii tych świąt, był to dla mnie prawie zwykły dzień, z tym wyjątkiem, że musiałam zjeść kolację z całą rodziną i udawać że świetnie się bawię na urządzanym co roku przez matkę przyjęciu. Nawet prezenty nie czyniły tego dnia wyjątkowym. Zawsze miałam wszystko to czego chciałam.
- Możesz mi powiedzieć dlaczego znowu przyglądasz się wszystkim, którzy wchodzą do Wielkiej Sali?
- Sue, nie widziałaś może ostatnio Oliviera Wilsona?- wypaliłam.
- Yhm, Wilsona? Myślałam, że niezbyt za nim przepadasz- stwierdziła.
- Nie pytam o to co myślisz, tylko czy go widziałaś.
- Nie, raczej nie rzucił mi się ostatnio w oczy, a co?
- Nic, po prostu mar… po prostu chciałam go o coś zapytać, nic wielkiego.
Martwię się? Czy ja to naprawdę chciałam powiedzieć? Nie, z pewnością musiałam się przejęzyczyć.

- … I wtedy rzuciłam na niego cruciatusa, oj gdybyś widziała jak zwijał się z bólu i błagał mnie żebym przestała- Sue właśnie kończyła opowiadać mi jakże bogatą w szczegóły opowieść o tym, jak potraktowała pierwszoroczniaka, który zwrócił jej uwagę, że w trakcie przerw zabronione jest używanie czarów. Naiwny głupek.
- A na sam koniec…
- Idź, zaraz cię dogonię- przerwałam jej.
- Ale…
- Idź!
Właśnie z jednej z klas wyszło dwóch rosłych i sprawiających wrażenie niezbyt inteligentnych ślizgonów, którzy zawsze trzymali się blisko Wilsona. Kto jak kto, ale oni powinni wiedzieć, gdzie on się podziewa. Przynajmniej miałam taką cichą nadzieję. Zacisnęłam w kieszeni pięści i podeszłam do nich.
- Cześć- palnęłam na wydechu, zaciskając jeszcze bardziej ręce. Spojrzeli na siebie z zdziwieniem i parsknęli śmiechem. Postanowiłam to zignorować i nie wdając się w głupie dyskusje przejść do meritum- Szukam Oliviera, widzieliście go?
- A po co ci Olivier? Przecież nie pałacie do siebie zbyt wielką przyjaźnią- i oboje znowu zaczęli się śmiać. Spokojnie, nie daj się wyprowadzić z równowagi. Spokojnie.
- Widzieliście go czy nie?- warknęłam.
Atmosfera nieco się zagęściła. Oboje nagle spoważnieli i wymienili ukradkowe spojrzenia. Chłopak o długich blond włosach przechylił się w moją stronę.
- To nie jest temat do żartów!- syknął.
- Co? O co ci chodzi?- zapytałam kompletnie zbita z tropu.
- Yyy, to ty nic nie wiesz?- zapytał zdziwiony- O niczym nie słyszałaś?
- O czym nie wiem?!
- Ciszej! Przestań się tak wydzierać- kilku uczniów spojrzało w naszą stronę.
- O czym miałam słyszeć?- zapytałam ciszej.
- No jak to o czym, cały Hogwart o tym huczał przed kilkoma dniami, nie czytasz Proroka czy jak?
- Jakoś ostatnio nie wpadł mi w ręce. Możesz w końcu powiedzieć co tu do cholery się dzieje?- z każdą kolejną chwilą stawałam się coraz bardziej niecierpliwa i zaniepokojona.
- Złapali ojca Wilsona, w trakcie wykonywania poleceń Czarnego Pana i może spędzić resztę życia w Azkabanie. Olivier wyjechał, żeby towarzyszyć mu w procesie, podobno jutro ma wrócić. Naprawdę nic nie słyszałaś?
- Ja… Nie. nie miałam pojęcia.
Odwróciłam się bez żadnego słowa pożegnania. Właśnie zrozumiałam dlaczego wtedy był taki inny: przygnębiony i smutny, dlaczego w jego oczach nie było tego błysku, który sprawiał, że jego twarz była taka szlachetna. A ja? Zachowałam się jak niedojrzała, rozpieszczona idiotka i wyskoczyłam z tą swoją „zemstą”. Nie mogłam przestać teraz o tym myśleć, plułam sobie w twarz za swoją głupotę. Powinnam w końcu zachowywać się dojrzalej jak na swój wiek i przestać być obrażającym się za wszystko rozpieszczonym bachorem. Tak! Najwyższy czas dorosnąć i pożegnać błogie, pozbawione problemów dzieciństwo i zażegnać ten irracjonalny konflikt jaki między nami zaistniał.

Większą część wieczoru spędziłam zastanawiając się nad tym co mam mu powiedzieć, nie byłam postawiona nigdy w takiej sytuacji, zazwyczaj to mnie przepraszano, wiedziałam że z pewnością nie przyjdzie mi to łatwo, ale mimo wszystko nie potrafiłam doczekać się jutra. Z nudów przeglądałam kolejne stronnice „Tajemnic najczarniejszej magii”, ta księga zawsze potrafiła pomóc mi w rozwiązaniu wielu problemów, pomagała w znalezieniu odpowiedzi na nurtujące mnie pytania. Jednak wiedziałam, że z tym musiałam poradzić sobie sama i księga niestety nie miała zamiaru mi tego ułatwić.
- Feritum, nb, niegroźne, powodujące siń…- reszty nie byłam w stanie doczytać, gdyż ktoś, sądząc po wyglądzie tej strony przewrócił na nią fiolkę z atramentrem, który przykrył większość tekstu dotyczącą tego zaklęcia- Feritum- powtórzyłam- warto wypróbować przy najbliższej okazji.
Zgasiłam dogasającą świecę i poczułam jak powoli opadam w ramiona czekającego na mnie Morfeusza.

Odkąd się obudziłam nieustannie powtarzałam w myślach te kilka zdań, które wczoraj wymyśliłam mających pełnić rolę moich przeprosin. Z gotową formułką zeszłam na śniadanie do Wielkiej Sali, gdzie spodziewałam zastać w końcu Oliviera, jednak ten nie pojawił się ani na śniadaniu, ani na obiedzie, ani na kolacji, nie było go też na tej jedynej lekcji, którą mieliśmy razem. Może proces został odłożony na inny termin, albo… nie, z pewnością nie to. Wielką Salę opuściłam jako jedna z ostatnich z dwóch powodów: wciąż miałam nadzieję, że jednak Olivier się pojawi, a po drugie lubiłam chodzić bo ciemnych, pustych korytarzach wsłuchując się w echo własnych kroków. Większość ludzi nienawidzi ciemności, ja ją uwielbiam… od zawsze. Właśnie miałam skręcać w korytarz prowadzący do Pokoju Wspólnego, gdy ujrzałam dwóch złączonych ze sobą niczym para ośmiornic Puchonów, sprawiających wrażenia jakby nie mogły wyplątać się z własnych macek. Sue miała rację, dawno nie miałam okazji zabawienia się z szlamami, a tu mi się trafiły aż dwie za jednym razem.
- Skoro tak bardzo chcecie być razem to proszę bardzo- zaklęcie zadziałało tak jak powinno, zamarli przerażeni rozglądając się nerwowo dookoła nie mogąc zwolnić własnych uścisków. Zaczęli niezdarnie próbować uciec, jednak po chwili odbili się od twardej ściany co osłabiło moje zaklęcie. Dziewczyna szybko się podniosła i z krzykiem uciekła jak najdalej nie odwracając się nawet za siebie. Cóż, będzie trzeba zadowolić się chłopakiem, który nadal leżał oniemiały na posadzce zamku. Ah, jak za tym tęskniłam. Przynajmniej mam świetną okazję,żeby wypróbować wczorajsze zaklęcie.
- Feritum!- przez chwilę myślałam, że nie zadziałało, jednak po chwili twarz Puchona zaczęły pokrywać fioletowo- żółte sińce. Podniosłam różdżkę, żeby rzucić kolejne zaklęcie…
- Finite!- odwróciłam się gwałtownie niemal tracąc równowagę, poznałam ten głos, ten chłodny, stanowczy, męski głos, który tak bardzo pragnęłam usłyszeć w ciągu ostatnich dni- wracaj do swojego pokoju wspólnego i nie waż się nikomu o niczym mówić, szepniesz słówko a zadbam o to, żebyś wyglądał jeszcze gorzej niż przed chwilą.
Puchonowi nie trzeba było tego dwa razy powtarzać, w ciągu ułamka sekundy zdążył się podnieść i uciecz tego miejsca jak najszybciej się dało.
- Olivier!- nadal nie mogłam uwierzyć, że to on.
- Elianna?- mruknął z głosem pełnym zwątpienia.
- Co z twoim ojcem?- spojrzałam z niepokojem na jego twarz, która nosiła na sobie jeszcze oznaki zmęczenia, które niewątpliwie towarzyszyło mu w ciągu ostatnich dni.
- Uznano, że został oskarżony niesłusznie.
- Oh, to wspaniale.
- Jednak worek galeonów potrafi wiele zdziałać.
Zapadła cisza. Niezręczna, pełna wyczekiwania cisza, której nikt z nas nie miał zamiaru przerwać. Staliśmy w milczeniu wpatrując się w przeciwległe ściany.
- Bo wiesz…- zaczęłam- ja chciałam tylko powiedzieć, że… no… tego… yyy…
Cholera, nie potrafiłam przypomnieć sobie żadnego słowa, które miałam zamiar mu powiedzieć. Dlaczego akurat teraz w moim umyśle musiała zapanować ta przeklęta pustka, która zdaje się wypalać po kolei komórki mózgu odpowiadające za pamięć?
- Że…. to ja już pójdę- dokończyłam. Spojrzałam na niego, nie uśmiechnął się kpiąco tak jak zawsze, sprawiał wrażenie jakby czekał na to co mu chciałam powiedzieć. Zrobiłam krok w stronę Pokoju Wspólnego.
- Zaczekaj!- zawołał nagle.
- Tak?- odwróciłam się zaskoczona.
- Jesteś zła? O to wszystko?
- Ja… nie, nie ma o czym mówić- czy byłam zła? Kilka dni temu odpowiedziałabym, że tak. Że jestem wściekła, że go nienawidzę. Ale teraz wcale nie byłam pewna tego co czuję.
- Wiesz, to wszystko źle się zaczęło, ale może moglibyśmy jeszcze zostać… yyy… przyjaciółmi?- ostatnie słowa wypowiedział z wielkim trudem.
- „Przyjaciółmi”?- powtórzyłam z niedowierzaniem- bo właściwie to ja chciałam… chciałam cię prze… przeprosić za moje zachowanie.
- Nie ma sprawy. Więc jak?- skrzyżował ręce na piersiach i nie spuszczał ze mnie wzroku oczekując na odpowiedź.
Nie wiedziałam co mam odpowiedzieć, nie miałam pojęcia czy zdołam z nim chociażby normalnie rozmawiać. Ale dlaczego by nie spróbować?
- Dobra. Możemy spróbować. Nie mamy nic do stracenia.


sandra 23/08/2009 23:51:01 [komentarzy 9] Komentuj

Część III

Biegłam. Każdy kolejny krok sprawiał mi coraz większy ból. Każdy oddech coraz bardziej ranił moje płuca wypełniając je lodowatym powietrzem. Biegłam. Musiałam uciec. Musiałam. Ale przed czym? Przed czym ja tak właściwie uciekałam? Wszystkie światła zgasły. Nawet księżyc i gwiazdy ukryły się za kurtyną otaczającej mnie zewsząd ciemności. Zatrzymałam się. Nie byłam w stanie niczego dostrzec. Ciemność. Rozglądałam się dookoła próbując spostrzec jakikolwiek ruch, próbując usłyszeć najcichszy szmer. Cisza. Ciemność i cisza.
- Lumos- szepnęłam. Nic
- Lumos!- Nadal nic.
- Lumos!- wykrzyczałam łamiącym się głosem, który z każdą kolejną upływającą sekundą stawał się coraz bardziej niepewny. Dopiero teraz ogarnęła mnie fala paniki wypełniająca powoli każdą, nawet najdrobniejszą cząstkę mojego ciała. Moją jedyną bronią z nieznanym był bezużyteczny kawałek drewna, który mogłam co najwyżej wepchać napastnikowi w oko. Byłam bezbronna. Stałam w milczeniu czekając na to co się wydarzy. Cóż innego mi pozostało? Nie miałam gdzie uciekać. Nie wiedziałam dokąd. Sekundy powoli upływały jedna za drugą. Nic się nie działo. Cisza, ciemność i ja. Bezbronna. Dostrzegłam w oddali małą plamkę światła. Pojawiała się i znikała z każdą chwilą stając się coraz to większa. Przybliżała się do mnie, jej błysk stawał się coraz to silniejszy i bardziej oślepiający. Różdżka wysunęła się z mojej zaciśniętej pięści upadając na twardą posadzkę z hukiem, który przerwał tą nieznośną przesyconą przerażeniem ciszę. Pierwszy raz się bałam. Po raz pierwszy poczułam co to jest strach. Z trudem zdołałam dostrzec formujące się, niewyraźne zarysy jakiejś postaci. Jej kontury stawały się coraz wyraźniejsze na tle tego oślepiającego błysku. Wytężyłam wzrok, aby dokładnie się jej przyjrzeć. Nie znałam tej kobiety, jednak miałam wrażenie, że kiedyś ją już spotkałam. Wyglądała dziwnie znajomo. Długie blond włosy opadały jej na ramiona. Miała smutny wyraz twarzy, wpatrywała się we mnie pustymi, nie wyrażającymi żadnych uczuć oczami. Czułam na sobie jej spojrzenie, sprawiało mi ból.
- Dlaczego?- zapytała cicho. Ledwo ją zdołałam usłyszeć- dlaczego?- powtórzyła nieco głośniej- dlaczego ja?
Upadłam na kolana. Ten ból był nie do zniesienia, płomienie ognia paliły mnie od środka, wypalały wszystko…

Obudziłam się zlana potem. Oddychałam ciężko. Opasły tom zsunął się z mojego łóżka opadając na podłogę. Rozejrzałam się nerwowo dookoła. Byłam w swoim dormitorium. Pot mieszał się z płynącymi łzami, których nie potrafiłam powstrzymać. Przez okno do pomieszczenia wdzierało się światło księżyca padające na fragment podłogi przy moim łóżku, świeca powoli się dopalała rzucając na przeciwległą ścianę długie cienie. Wszystko było na swoim miejscu.
- To tylko sen- powiedziałam sama do siebie próbując się uspokoić- tylko sen.
Wstałam i podeszłam do okna, oparłam czoło o chłodną szybę. Znałam tą kobietę, tylko skąd? Nie potrafiłam sobie przypomnieć. Nie wiedziałam kim jest, jednak czułam, że jest dla mnie kimś ważnym…


Mijały kolejne dni. Krajobraz za oknami zaczynał zmieniać się z jesiennego na zimowy. Płatki śniegu powoli i beztrosko opadały na zamkowe błonia i przykrywały szczyty drzew zakazanego lasu. Czysty, biały, zimny śnieg. Nienawidziłam zimy i powrotów do domu na święta. Wszystko było tam takie sztuczne, pozbawione emocji i przepełnione zasadami. Wymuszone uśmiechy, udawana radość z otrzymywanych prezentów i stwarzanie pozorów kochającej się rodziny. Pobyt w tym domu polegał na odgrywaniu przydzielonych przy narodzinach ról. Jednak to właśnie do takiego życia byłam przyzwyczajona, takie najbardziej mi odpowiadało, może dlatego, że nie znałam innego?
Siedziałam właśnie w dormitorium mnąc w ręce pergamin zapisany idealnie równym pismem donoszący, że w domu wszystko w porządku, że powoli rozpoczynają się przygotowania do corocznego balu bożonarodzeniowego, który nasza rodzina tradycyjnie wyprawiała dla członków rodów czystej krwi. Wszystko zawsze musiało być idealne. Dopięte na ostatni guzik. Była to jedna z najlepszych okazji, aby przedstawić naszą rodzinę w dobrym świetle, uzyskać więcej wpływów, zawrzeć nowe znajomości, usytuować się w tym świecie na jeszcze lepszej pozycji. List był krótki, rzeczowy, pozbawiony wszelkich emocji i rozpisywania się na błahe tematy.
Wrzuciłam zmięty kawałek pergaminu do rozpalonego kominka i przyglądałam się przez chwilę jak powoli czarnieje i znika pomiędzy płomieniami. Czas mijał, a ja nadal nie wiedziałam jak pokazać Olivierowi, że nie jestem tchórzem. Nie miałam pojęcia jak mu udowodnić, że jestem od niego lepsza i zasługuję na przypisany mojemu nazwisku szacunek. Nienawidziłam tego jak na mnie spoglądał, jak na każdym kroku mną gardził i wyśmiewał. Nie do takiego traktowania przywykłam. Niby nic takiego- kilka głupich docinek, jednak nie dawało mi to spokoju.
- Nad czym tak myślisz?- Sue przypatrywała się mi zza stosu prac domowych i podręczników.
- Nad niczym- oderwałam wzrok od płomieni i wróciłam do czytania mojej ukochanej księgi. Miałam nadzieję, że może ona podsunie mi jakiś pomysł jak rozprawić się raz na zawsze z Wilsonem.
- Nie powinnaś przypadkiem zająć się czymś bardziej pożytecznym? Przykładowo wypisywaniem właściwości Kicaka Dwunosowego?- spytała Sue patrząc z powątpiewaniem na opasły tom leżący na moich kolanach- Lepiej schowaj tą książeczkę bo jeszcze ktoś cię podkapuje i będziesz miała niezłe kłopoty.
- Możesz coś dla mnie zrobić?- zapytałam.
- Co?
- Zam-knij- się!- wycedziłam przez zaciśnięte zęby
- N-i-e!
Zatrzasnęłam księgę i rzuciłam ją na zawalony rzeczami Sue stół zwalając przy okazji kilka dopiero co zapisanych przez nią pergaminów. Wstałam i wyszłam z tego zatłoczonego Pokoju Wspólnego, potrzebowałam chwili samotności i ciszy. Szłam przez labirynt podziemnych korytarzy, nogi same mnie niosły przed siebie. Minęło już tyle czasu, a ja nadal rozmyślałam o tym śnie, który nie dawał mi spokoju. Kim do cholery była ta przeklęta kobieta?
Przystanęłam. Z przeciwległego korytarza doszedł do mnie odgłos czyichś kroków. O tej porze było tu zawsze pusto. Wyciągnęłam różdżkę w tym samym momencie, gdy zza zakrętu wyłonił się nie kto inny jak Olivier. Fatum?
- Panna Morgan?- usłyszałam chłodny męski głos i cichy pokpiwający śmiech- Mam się bać?- spojrzał na znajdującą się w mojej prawej dłoni różdżkę. Byliśmy na korytarzu sami. W końcu miałam swoją okazję do zemszczenia się.
- Powinieneś- odpowiedziałam szeptem jednocześnie podchodząc do niego pewnym krokiem. Nie chciałam, aby się zorientował, że nie mam żadnego planu i pomysłu na to co zrobić. Przyłożyłam mu różdżkę do szyi- I co teraz?- zapytałam. Nie bronił się, nawet się nie poruszył.
- Nic- uśmiech nie schodził z jego twarzy- Oboje doskonale wiemy, że jesteś za słaba, że nie masz dumy, która pozwala ci się zemścić. Brak ci odwagi. A nawet jeżeli ją w sobie znajdziesz to pamiętaj, że odwaga bez umiejętności jest samobójstwem. Gdybyś chciała mi coś zrobić już dawno byś to uczyniła nie zastanawiając się nad tym tak długo. Ale przecież ty nawet nie wiesz jak chcesz się na mnie zemścić. To widać. Widać tą twoją niepewność, brak zdecydowania, chociaż tak bardzo starasz się je ukryć. Z każdą chwilą twój wróg staje się coraz silniejszy, wykorzystuje ten czas jaki mu jeszcze pozostawiasz. Kiedy tak sobie z nim dyskutujesz może na przykład zrobić to- szybkim ruchem wyciągnął swoją różdżkę z kieszeni- to może ja zadam to samo pytanie: I co teraz?
Nie odpowiedziałam, stałam wpatrzona w niego. Jego twarz zmieniła się, była zmęczona, pozbawiona jakiegokolwiek wyrazu, w oczach nie było już tego dobrze mi znanego błysku. Były szare i matowe. Nie chciałam po raz kolejny poddać się bez walki. Musiałam udowodnić mu, że nie ma racji, że nie jestem taką słabą dziewczyną, za którą mnie uważa. Rzuciłam zaklęcie rozbrajające, które zostało przez niego skutecznie zablokowane.
- Tylko na tyle cię stać? To wszystko co masz mi do pokazania? Ciągle miałem nadzieję, że mimo wszystko jesteś godnym przeciwnikiem do pojedynku. Jednak widzę, że znowu muszę się rozczarować i poczekać, aż panna Morgan dorośnie- opuścił różdżkę- chciałaś wykorzystać moment zaskoczenia?- zadrwił i opuścił różdżkę.
Czułam jak wzbiera we mnie złość. Podniosłam różdżkę i jeszcze raz spróbowałam go rozbroić. Udało się! Rózdzka wyrwała mu się z ręki, odbiła od ściany i upadła na końcu korytarza z dala od swojego właściciela.
- To był twój błąd- odpowiedziałam szeptem próbując ukryć swoją radość.
- No, no, no atakować kiedy przeciwnik ma opuszczoną różdżkę? To prawie tak jakby stał odwrócony do ciebie plecami. Takie to trochę niehonorowe. Nie uważasz?
Spojrzałam na niego z wściekłością i schowałam własną różdżkę do kieszeni.
- A jednak panna Morgan ma w sobie śladowe ilości honoru. Jestem pod wrażeniem- odpowiedział. Podeszłam do niego bliżej jednocześnie unosząc rękę, chciałam go uderzyć, sprawić aby przestał się w końcu tak szyderczo uśmiechać. Jednak znowu okazał się szybszy, złapał mnie za przegub zanim zdążyłam dotknąć jego policzka. Uścisk był zbyt silny. Poczułam jak łapie mój drugi nadgarstek i dotyk jego chłodnych ust.

----------
Dodaję kolejny rozdział i uprzejmie proszę o komentarze z krytyką i opinią, ponieważ to właśnie one najbardziej mobilizują do pisania :)


sandra 20/07/2009 00:51:44 [komentarzy 5] Komentuj

Rozdział II

Brak snu. Zdecydowany brak snu i zmęczenie. Te dwie rzeczy towarzyszyły mi nieustannie przez kilka ostatnich dni. Od wtorku godzinę przed rozpoczęciem zajęć musiałam spędzić w towarzystwie McGonagal pomagając jej segregować stare, zakurzone uczniowskie kartoteki, później próbując skupić się na lekcjach, a po obiedzie razem z Filchem miałam szorować mugolskimi metodami stare, pordzewiałe puchary, ordery i medale z Sali Pamięci. Robota dla skrzatów domowych, charłaków i mugoli. Ja z pewnością nie miałam zamiaru zniżać się do tego poziomu, więc moje czyszczenie ograniczało się wyłącznie do trzymania ścierki i pasty do polerowania oraz wypowiadania formułek zaklęć, które znałam na tyle dobrze, że różdżka, którą mi przed wejściem zabierano nie była mi w ogóle potrzebna. Ten szlaban nie był o tyle męczący co przeraźliwie nudny i czasochłonny. Do Pokoju Wspólnego wracałam dopiero wieczorem tylko po to aby zmierzyć się z stosem prac domowych, zadanych przez nauczycieli, których po raz kolejny dopadła obsesja na punkcie czekających nas na koniec roku owutemów. Tak więc Pokój Wspólny opuszczałam teraz zazwyczaj ostatnia, często też go nawet nie opuszczałam przesypiając te 3-4 godziny, które mi pozostawały na kanapie. Krótko mówiąc, nie potrafiłam doczekać się już upragnionego weekendu.


- Nie śpij!
- Przecież nie śpię- wymamrotałam próbując otworzyć oczy. Powieki strasznie mi ciążyły.
- Nie, nie śpisz, przytulasz się do tego talerza pewnie z miłości- usłyszałam kpiący głos Sue.
- Zmęczona jestem- odpowiedziałam jej sennym głosem.
- Widać, przecież wyglądasz okropnie. Masz, wypij to- podała mi szklankę z jakimś cuchnący, zgniłozielonym płynem.
- Co to?- zapytałam patrząc z dezaprobatą na postawione przede mną naczynie.
- Nie pytaj tylko pij. Snape ostatnio eksperymentował i twierdzi, że wynalazł jakiś znakomity eliksir, który podobno nawet umarłego postawi na nogi.
- A ja mam pełnić rolę jego królika doświadczalnego? Chyba żartujesz.
- Pij i nie narzekaj, jak ci nie pomoże to najwyżej wylądujesz w skrzydle szpitalnym. Chociaż wiesz co, masz jeszcze jedną opcję do wyboru: dostaniesz od McGonagal kolejny szlaban tym razem za przysypianie na jej lekcji.
Wypiłam. Smakowało tak samo ohydnie jak pachniało i wyglądało, ale przynajmniej po chwili byłam już nieco mniej senna, jednak zmęczenia wciąż mnie nie opuszczało.
- Jakiś niedorobiony ten jego eliksir- stwierdziłam, ale Sue już mnie nie słuchała, wpatrywała się w grupkę ślizgonów siedzących kilka krzeseł dalej.
- Hmmm, nie wiem czy zauważyłaś, ale Olivier nieustannie spogląda w naszym kierunku…
Owszem, zauważyłam. Ostatnio, aż za często go zauważałam. O ile wcześniej nie zwracałam na jego osobę najmniejszej uwagi, teraz odnosiłam wrażenie, że mnie prześladuje. Jego osoba zdawała się wyróżniać na tle wszystkich uczniów tego zamku. Spotykałam go niemal wszędzie: na korytarzu, pomiędzy uginającymi się pod ciężarem opasłych tomów regałami w bibliotece, w przepełnionym Pokoju Wspólnym i na eliksirach- był to jedyny przedmiot, który mieliśmy w tym ostatnim roku wspólny. O ten jeden za dużo. Pomimo upływu tych kilku dni, nadal słyszałam w głowie ten chłodny, znienawidzony głos wypowiadający te kilka raniących moją dumę słów. Nie, ja nie jestem zwykła. Nie chcę być zwykła. Nie chcę dołączyć do grona tych osób, które tworzą ten nic nieznaczący, szary, bezimienny tłum…
Spojrzałam w jego stronę. Jakieś wymalowane piątoklasistki właśnie próbowały bezskutecznie zwrócić na siebie jego uwagę, kilka innych dziewczyn wpatrywało się w niego z malującym się na twarzach uwielbieniem. A on? On nie zwracał na nie najmniejszej uwagi, rozmawiał o czymś szeptem z Simonem Thompsonem. Przez chwilę zdawało mi się, że na jego twarzy zauważyłam cień przerażenia, może nawet strachu? Jednak zanim zdążyłam mu się dokładniej przyjrzeć, jego twarz znowu przybrała ten kamienny, beznamiętny wyraz. Nasze spojrzenia na chwilę się spotkały, ostatnią rzeczą, którą zdążyłam zarejestrować był ten irytujący mnie uśmiech. W tej samej chwili poczułam jak tracę kontrolę nad własnym ciałem i zaczynam szybko opadać w dół.

- Mogłaby się w końcu obudzić.
- Myślisz, że mnie zabije?
- Ja tak nie myślę, ja to wiem.
Dwie osoby rozmawiały gdzieś obok ściszonymi głosami, poczułam okropny ból głowy, zdecydowanie inny od tego, który zdążyłam już tak dobrze poznać. Otworzyłam oczy, jednak wszystko widziałam przez mgłę, po prawej stronie dostrzegłam kontury dwóch postaci, do których najprawdopodobniej należały głosy, które przed chwilą usłyszałam. Zamrugałam. Obraz stał się nieco wyraźniejszy, ale w tym samym momencie poczułam kolejną falę bólu.
- Witamy w świecie żywych!- usłyszałam uradowany głos Sue.
- Nie wrzeszcz tak- wyszeptałam.
- Przepraszam- odpowiedziała nieco ciszej- jak się czujesz?
- Okropnie, co się stało?
- Yyyy, no… zemdlałaś, nie zdążyłam cię złapać i przywaliłaś głową w podłogę, polało się trochę krwi, ale nic się nie martw, pani Pomfrey już cię poskładała
- Zaraz rozerwie mi czaszkę- przymknęłam oczy, każdy, nawet najcichszy szelest sprawiał mi ból, czułam pulsującą w moich żyłach krew i miarowe bicie własnego serca. Podniosłam rękę, żeby dotknąć obolałej głowy, jednak zamiast chłodu własnej skóry, wyczułam owinięte ciasno dookoła niej zwoje bandaży.
- To j-ja może pójdę powiedzieć, że się już o-obudziłaś- usłyszałam nieśmiały chłopięcy głos.
- Nigdzie nie pójdziesz- warknęła Sue- ten twój wspaniały eliksir miał ją postawić na nogi, a nie z nich zwalić!
- Skąd miałem wiedzieć, że na nią tak podziała? Nikomu nigdy nic po nim nie było!
- Tak trudno się domyśleć Smarkerusie, że każdy reaguje na różne rzeczy w różny sposób?!
- Zamknijcie się w końcu- syknęłam i poczułam kolejną falę przeszywającego moje ciało bólu- może wreszcie ktoś łaskawie pójdzie po tą pielęgniarkę?
- Ah tak, zapomniałam, już idę- Sue zniknęła z zasięgu mojego wzroku.
- Ella, przepraszam, że tak wyszło, ale właśnie próbowałem udoskonalić ten eliksir dodając, nieco więcej sproszkowanego rogu nosorożca, ale widocznie dodałem go zbyt dużo, więc…
- Snape, zrób coś dla mnie i zamknij się w końcu- przerwałam jego wyjaśniająco- przepraszający monolog- następnym razem zanim wezmę coś twojej produkcji wypróbuję to pierw na tobie. A zacznę od tego eliksiru, po którym w zeszłym tygodniu Sam zażygał pół korytarza na drugim piętrze- przymknęłam oczy z bólu- No, ale przynajmniej udało mi się uniknąć ostatniego dnia szlabanu.
- Do usług, jak coś wiesz gdzie mnie szukać- cicho się zaśmiał.
- Nie ciesz się tak, bo i tak jeszcze ci się za to odwdzięczę- odpowiedziałam.
Z drugiego końca Sali dochodziło już echo kroków zbliżającej się pielęgniarki, która niosła tacę pełną różnego rodzaju medykamentów oraz biegnącej i zadowolonej z siebie Sue.
- To my już pójdziemy- wyszeptała w moją stronę- Idziemy Smarku- zwróciła się chłodniej w stronę Snapea wskazując mu ręką drzwi.


W skrzydle szpitalnym przeleżałam cały weekend. Jasne, sterylne pomieszczenie przesiąknięte ciszą i zapachem leków drażniło mnie, za długo byłam tutaj zamknięta sama z własnymi myślami. Ostatni rok w tym przeklętym zamku. Większość już wiedziała czym chce się zająć po ukończeniu szkoły, mieli swoje plany. A ja? Ja miałam marzenie, jednak im dłużej o nim myślałam, tym bardziej irracjonalne mi się wydawało. Marzyłam o tym, aby wstąpić w szeregi zwolenników Czarnego Pana, chciałam zostać jedną z nich, wiedziałam, że byłabym tą najwierniejszą, że nigdy bym się przed niczym nie zawahała i z radością wykonywała jego rozkazy. W moim planie był tylko jeden defekt. Nie miałam pojęcia co trzeba zrobić aby zostać śmierciożercą. Wysłać sowę z swoim curriculum vitae? Czekać aż Czarny Pan sam mnie wybierze? Tylko skąd miał wiedzieć o moim istnieniu, o tym jak bardzo pragnę należeć do grona jego wiernych zwolenników?
- Możesz już wracać do swojego dormitorium, po pęknięciu nie została nawet blizna- z zamyślenia wyrwał mnie zadowolony głos pani Pomfrey.
Nogi same mnie niosły dobrze znaną drogą do lochów, pragnęłam jak najszybciej znaleźć się z dala od tego szkolnego zgiełku, od którego moje uszy zdążyły się przez te kilkadziesiąt godzin spędzonych w nieustannej ciszy odzwyczaić.
- Kogo ja widzę- ktoś próbował przekrzyczeć tłum znajdujących się na korytarzy uczniów- mdlejąca na mój widok Panna Morgan- odwróciłam się gwałtownie na dźwięk swojego nazwiska. Doskonale wiedziałam kogo zobaczę. Stał oparty o parapet okna w towarzystwie swoich kumpli i wzdychających panienek spoglądając dokładnie w moim kierunku. Promienie zachodzącego jesiennego słońca oświetlały jego bladą twarz nadając jej jeszcze większego uroku i majestatyczności.
- No widzisz, wolę zemdleć niż się na ciebie patrzeć- odwarknęłam jednocześnie się odwracając. Nie miałam zamiaru dać się drugi raz sprowokować. Nie tym razem.
- Spodziewałem się po tobie czegoś więcej. Jakiejś bardziej ambitnej reakcji, no ale widać przeliczyłem się- przygryzłam wargi, żeby nic mu nie odpowiedzieć. Za plecami usłyszałam śmiech.
Nienawidziłam go. Nienawidziła go każda cząstka mojego ciała.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Jak widać szablon został zmieniony (jeszcze raz dziękuję Michalinie, która go stworzyła specjalnie dla tego bloga), kolor czcionki też, teraz jest chyba bardziej widoczna.
Chciałam jeszcze podziękować za te cenne, pozytywne komentarze z wszelkimi uwagami.


sandra 29/06/2009 20:24:20 [komentarzy 4] Komentuj

Rozdział I

To był jeden z tych dni, które w ogóle nie powinny się zacząć. Obudziłam się z bólem głowy, zresztą jak co poniedziałek, więc nie to było w tym wszystkim najgorsze. Do tego bólu już dawno zdążyłam się przyzwyczaić i z czasem przestał być aż tak uciążliwy jak początkowo. Wystarczyło go ignorować. Za oknem wciąż kłębiły się stalowoszare chmury, przykrywające błękit nieba, ciężkie krople odbijały się rytmicznie od okien pustego dormitorium. Pustego?
- Cholera! Znowu zaspałam.
Dziesięć minut później biegłam już przez labirynt korytarzy do sali transmutacji. Przystanęłam na chwilę przed drzwiami klasy, żeby złapać oddech, słychać było zza nich jeszcze szmer przygotowujących się do lekcji uczniów i urywki cichych rozmów. Lekcja musiała się dopiero rozpocząć. Z pośpiechu nawet nie zdążyłam sprawdzić która jest godzina. Uchyliłam lekko drewniane drzwi próbując prześlizgnąć się niezauważenie do swojej ławki, już prawie byłam na miejscu…
- To twoje trzecie spóźnienie w ciągu ostatnich kilku dni panno Morgan- usłyszałam surowy ton profesor McGonagal- zostań na chwilę po lekcji. Nic nie odpowiedziałam, usiadłam zrezygnowana i w milczeniu zaczęłam wyciągać potrzebne podręczniki. Czy ona musi zawsze wszystko tak dokładnie zapamiętywać i widzieć? Lekcja dłużyła się dzisiaj wyjątkowo, zresztą nie ma się co dziwić, jak długo można opowiadać o animagach? Animag- człowiek, który potrafi zamienić się w zwierzę. Tyle. Kogo obchodzi kto w co zmienia, a raczej zamieniał bo większość z nich już dawno pożegnała się z życiem. Zanim McGonagal zdążyła zadać nam do napisania kolejne wypracowanie na ten temat zadzwonił upragniony dzwonek. Odczekałam chwilę, aż wszyscy wyjdą z klasy i podeszłam do biurka przy którym siedziała nauczycielka.
- Pani profesor chciała ze mną rozmawiać- rzuciłam obojętnym tonem.
- Owszem, to już jest trzeci raz kiedy spóźniasz się na moją lekcję w ciągu zaledwie 5 dni, wcześniej zawsze przychodziłaś punktualnie, co się zmieniło?
- To pewnie przez ten nowy budzik- odpowiedziałam sarkastycznie.
- Budzik?- McGonagal spojrzała na mnie z politowaniem- od jutra do końca tygodnia czekam na ciebie w tej Sali na godzinę przed rozpoczęciem zajęć i nie radzę się więcej spóźniać bo szlaban potrwa dłużej.
Zamknęłam oczy i odliczyłam w myślach do dziesięciu, żeby jej nie czego nie odpowiedzieć. Przynajmniej nie odjęła punktów Slytherinowi. Bez słowa odwróciłam się żeby wyjść.
- I minus 10 punktów za brak szacunku dla nauczyciela.
Świetnie. Przyspieszyłam kroku i wściekła trzasnęłam za sobą drzwiami klasy.
- Wredna, stara, pomarszczona wampi…ałłł
Poczułam jak na coś wpadam i zaczynam tracić równowagę.
- Nic Ci nie jest?- usłyszałam męski głos i poczułam jak ktoś chwyta mnie za ramię, dzięki czemu udało mi się uniknąć upadku.
- Gdybyś uważał jak chodzisz nie musiałbyś zadawać tego głupiego pytania i czekać na odpowiedź- odpowiedziałam chłodno podnosząc jednocześnie wzrok, dopiero teraz dotarło do mnie kto przedemną stoi. Był to Olivier Wilson. Członek jednej z najbogatszych i „najczystszych” czarodziejskich rodzin, którą podejrzewano o bliskie stosunki z Czarnym Panem i aktywne śmierciożerstwo. W zeszłym roku połowa jego rodziny cudem uniknęła pobytu w Azkabanie, wszystkie gazety się o tym rozpisywały. W moim domu zawsze mówiono o nich z wielkim szacunkiem i podziwem, przecież był to jeden z nielicznych rodów w naszym świecie, który bez wahania mógł powiedzieć, że nigdy nie splamił się krwią szlam czy mugoli.
- To ty na mnie wpadłaś- jego głos tak doskonale do niego pasował. Chłodny i pozbawiony emocji
- Dobra, nie ważne- szybko odwróciłam się nawet na niego nie spoglądając i zaczęłam iść w drugą stronę.
- A może bym tak od ciebie chociaż jakieś „przepraszam” usłyszał?
Parsknęłam śmiechem. Chyba sobie żartuje. Zaledwie to pomyślałam, gdy poczułam jak drętwieją mi nogi i upadam na zimną, twardą posadzkę zamku prosto przed jakąś puchonkę. Zdziwiona dziewczyna podała mi rękę serdecznie się przy tym uśmiechając. Nie skorzystałam z jej pomocy. Nie miałam zamiaru dotykać kogoś kto jest dumny z bycia szlamą. Wstałam o własnych siłach, doskonale wiedziałam, że mój upadek nie był przypadkowy. Odwróciłam się, Wilson nadal stał w tym samym miejscu patrząc się na mnie z założonymi na piersi rękami. Jego arystokratyczną twarz wykrzywił złośliwy uśmiech.
- To twoja sprawka! Pożałujesz tego!- wykrzyknęłam podchodząc do niego.
- I co mi zrobisz?- odpowiedział nadal się uśmiechając- wszyscy doskonale wiedzą, że tylko dużo mówisz, a tak naprawdę niczego jeszcze nigdy nie dokonałaś. Uważasz się za kogoś ważnego i lepszego, a tak naprawdę jesteś po prostu zwykła. Niczym się nie wyróżniasz.
Na korytarzu z każda chwilą przybywało coraz to więcej uczniów. Z każdą chwilą dochodziły do mnie coraz to głośniejsze śmiechy i szepty. Wyciągnęłam z kieszeni różdżkę przykładając ją do jego szyi. Nie zareagował, nawet nie drgnął, żeby się bronić. Nadal uśmiechał się irytująco.
- Panno Morgan!- w naszą stronę biegła wściekła profesor McGonagal- natychmiast odłóż tą różdżkę! Jeden szlaban ci nie wystarczy?
- A-ale…- próbowałam się bronić. Bezskutecznie.
- Nie ma żadnego ale, nie jesteś tu nowa i doskonale wiesz, że bójki na terenie zamku są niedopuszczalne! Slytherin za twoją lekkomyślność traci właśnie 30 punktów, a ty masz kolejny szlaban, jestem pewna, że Filch ucieszy się jak mu powiem, że będzie miał pomocnika przy czyszczeniu sreber w sali pamięci. I schowaj wreszcie tą różdżkę. Rozejść się!
Byłam wściekła. W zaledwie jedno przedpołudnie straciłam 40 punktów i zarobiłam dwa szlabany. Tłum gapiów, który zebrał się na korytarzu zaczął powoli znikać, udało mi się wypatrzyć oddalającą się postać Oliviera, miałam ochotę do niego podbiec i wbić mu nóż w plecy. Cały czas słyszałam jego chłodny głos i to jedno zdanie. Kilka słów, a tak bardzo raniło. Po raz pierwszy zostałam upokorzona, poniżona, wyśmiana… Wszystko jedno jak to nazwać, bolało tak samo. Pierwszy raz ktoś mi powiedział to, czego nigdy do siebie nie dopuszczałam nawet w myślach- że jestem „zwykła”. Nie potrafiłam przestać o tym myśleć, powrócił ból głowy. W tej chwili nie pragnęłam niczego innego poza pokazaniem mu, że wcale nie jestem „zwykła”, gołosłowna. Nie obchodziło mnie to, że pochodzi z jednego z najszlachetniejszych rodów, że jest pewnie silniejszy i zna szereg zakazanych zaklęć. Nie to było w tym momencie najważniejsze. Z pewnością nie zamierzałam tego tak zostawić.

---------
Edit.
Wprowadziłam kilka zmian w końcówce tego rozdziału.


sandra 23/06/2009 10:53:36 [komentarzy 5] Komentuj

Prolog.

Ciemny pokój oświetlany był wyłącznie przez jedną świecę tlącą się wątłym płomieniem. Jej blask padał na bladą twarz siedemnastoletniej dziewczyny, o której kolana opierała się gruba księga. Przerzuciła kolejną stronę. Jej oczy bezwiednie zaczęły od nowa błądzić wśród kilkuset liter i znaków próbując stworzyć z nich zrozumiałą całość. Na zewnątrz krople deszczu odbijały się od okna z każdą chwilą przybierając na sile, jednak ona nie zwracała na nie najmniejszej uwagi, była zbyt zafascynowana czytanym tekstem. Oderwała wzrok od książki dopiero wtedy gdy rozległo się ciche pukanie do drzwi. Spojrzała na nie. Ponownie ktoś zapukał. Postanowiła to zignorować i wrócić do czytania, jednak gdy tylko opuściła głowę drzwi się otworzyły.
- Dlaczego nie śpisz?- zapytała dziewczyna, zerkając przez szparę do pokoju.
- Czytam, nie widać?- odpowiedziała Elianna.
- Ostatnio coś dużo czytasz, może i za dużo.
- To źle?- w jej głosie dało się wyczuć chłód.
- Zważając na to, że czytasz to nie, ale na to co czytasz to raczej tak. Dobrze wiesz, że tego typu książki są zakazane na terenie tego zamku.
- No i co z tego? Moja sprawa co robię i co czytam- odpowiedziała tonem kończącym dyskusję i spojrzała na dziewczynę z wyższością, która była przypisana nazwisku, które nosiła.
Elianna Morgan pochodziła z rodziny, która nigdy nie splamiła swojego honoru krwią kogoś kto nie był czarodziejem. Należała do jednego z najczystszych rodów jakie znał czarodziejski świat. Była z tego dumna, pozwalało jej to bez skrupułów gardzić zwykłymi ludźmi nie zasługującymi na szacunek. Ona z całą pewnością nie była „zwykła”. Była kimś wyjątkowym. Bynajmniej w takiej myśli została wychowana. Kiedy dziewczyna, która ośmieliła się naruszyć jej spokój wyszła odrzuciła w tył czarne włosy sięgające ramion, zamknęła opasły tom i położyła go na stoliku obok świecy. Jej płomień oświetlił grzbiet księgi. Z wyblakłych liter z trudem dało się odczytać tytuł- „Tajemnice najczarniejszej magii”. Spojrzała na książkę, którą od pewnego czasu traktowała jako przewodnika , która przekazywała jej o wiele więcej interesujących informacji niż nauczyciele. Tak, to chyba była droga, którą wybrała, to właśnie nią chciałaby podążać i dzięki niej dojść do potęgi i sławy. Na jej twarzy pojawił się lekki uśmiech. Zgasiła świecę i cały pokój ogarnęła ciemność.

------------------------------------------------
Powstanie tu opowiadanie z serii fanfiction z lekkim nawiązaniem do świata stworzonego przez Rowling.
Wszelkie uwagi proszę kierować w komentarzach (propozycje, wskazówki, co poprawić etc.)
To by było na tyle słowem wstępu :)

sandra 19/06/2009 21:23:15 [komentarzy 4] Komentuj



Lay by koniucha only for this site!